kontur (2 kB)

wiking300. (17 kB)

Spływ Kajakowy - rzeka Wisłoka

Pilzno - Rzochów

10 - 11.09.2022 r.

PROGRAM SPŁYWU:

Trasa:

Łowcy ekstremy,
czyli Wikingowie na Wisłoce

wisłoka-01 (87 kB)

- Stan wody niski i opady. Po krótkiej konsultacji z kręgosłupem odpuszczam – oznajmił Marek cztery dni przed spływem.
- Jak to bez Ciebie? Weź nie pierdziel głupot! – odpisuję natychmiast. Zasiał w nas niepokój. Sprawdzamy: najbliższa sobota i niedziela 100 procent opadów. Sprawdzamy każdego następnego dnia, nawet po trzy razy dziennie – a nuż się rozejdzie? Nie rozeszło. 100 procent opadów – brzmi jak wyrok. Komandor się waha czy odwołać spływ.
- Życie jest zbyt krótkie, żeby się wahać – stwierdzamy z Kaśką i robimy babską naradę wojenną zdalnie, czyli telefonicznie. Szacujemy ryzyko, oceniamy stopień trudności, sprawdzamy poziom uczestników. Segregujemy argumenty za, argumenty przeciw i walimy nimi w komandora. Jego odpowiedz jest krótka:
- Płyniemy!

DZIEŃ PIERWSZY:

Peleryny, termosy i wełniane czapki

15 Wikingów o 6.00 rano ubiera się w swoje najlepsze uśmiechy, wrzuca kajaki na przyczepę i patrząc przez zakroplone deszczem okna busa na zaspany Kraków, rusza w objęcia natury. Co dominuje w bukłakach na tym spływie? Peleryny i termosy, a u niektórych wełniane czapki. Ale w oczach jest radość i żądza przygody. Team z nas zarąbisty, zwyciężymy wszystkie przeciwności. Uśmiechamy się do siebie: Adam, Trojanka, Henio, Miśki - czyli Zosia i Janusz, Kaśka, Asia, Wiesia, Anka, Piotry dwa, no i ja.

Poniżej tamy w Pilźnie wjeżdżamy w ramiona przygody. Tam jest miejsce startu. Pada. Precyzując natężenie spadających kropel, poprawniej byłoby powiedzieć: mży, kropi, rosi. Ale jest ciepło. Zarzucamy peleryny na kurtki przeciwulewne, by podwójne zabezpieczenie zniwelowało obawy.

wisłoka-02 (88 kB)

Heniek – mój partner – wciąga portki gumowane, a moje nogi w kajaku owija workiem na śmieci. Ja zaś, wszystkie wystające części ciała, niepotrzebne do wiosłowania, ukrywam pod peleryną. Naciągam ją pieczołowicie na kolana owinięte workiem na śmieci i końcówki peleryny wpycham do dzioba.

Jaka jest Wisłoka? Lekka, łatwa i przyjemna. Mało znana, urocza i dzika. Tylko jeden jaz pierwszego dnia, czyli jedna przenoska. Damy radę! Kto jak nie my?! – myślimy buńczucznie. Przed nami tylko 23 km. Schodzimy na wodę. Trochę głazów i kamyrdoli zadziornie wystaje z wody na starcie, a to co może być ukryte pod wodą to nasze domniemania, więc podejmujemy decyzję, że przeciągamy kajak. To znaczy Heniu ciągnie kajak na smyczy razem ze mną. Zniewolona i bezradna siedzę grzecznie i patrzę, jak inni Wikingowie robią to samo. Na szczęście pieszy spacer po dnie Wisłoki był krótki. Dalej poziom wody się podnosi. Płyniemy.

Świat jest przymglony, bezbarwny, szaro-bury. Deszcz wyssał kolory. Jedynymi barwnymi punkcikami w tej przestrzeni uśpionej deszczem są nasze peleryny w oczonielubnych kolorach. Spiczaste kaptury sterczą z kajaków. Wyglądają jak pionki na szachownicy Matki Ziemi. Przesuwają się jednostajnie z nurtem rzeki. Ruchy wioseł jednakowe, spowolnione. Wydaje mi się, że oglądam film przyrodniczy w zwolnionym tempie.

Skupienie maksymalne, może być wywrotka

Nie, nie jest nudno. Jak się zawiesisz w czasie i przestrzeni, to nagłe skrobanie kajaka po kamykach wbija Cię z powrotem w rzeczywistość. Niespodziewane bystrze, które znikąd się wzięło, porywa Cię, hupka, huśta i podrzuca na falach, obijając o mniejsze i większe kamienie. Szybkość decyzji i właściwy ruch wiosłem ratuje nas z opresji. Inni utknęli. Chwila samozadowolenia i pakujemy się centralnie na kamień. Czuję przez plastik kajaka jak skrobie mnie po tyłku, spowalnia nas do zera i zatrzymuje. Dziób sterczy w górę. Razem ze mną. Cha… cha… Nawet moja waga nie przeważyła i nie wypoziomowała kajaka. No to se wiszę. Kamień wygrał. Pycha i próżność została ukarana. Cóż więc pozostało? odpychanie wiosłem, duuping i w efekcie wyjście sternika. Smycz do ręki. Dwa metry pieszo i powrót do kajaka.

wisłoka-03 (84 kB)
Fot. Joanna Paździo

Trochę luzu i normalności, aż nagle przed nami wyrosła dziwna wielopoziomowa kamienna przeszkoda. Kotłujące się fale rozbijają się o przylądek z kamyków i głazów, nurt zakręca, dalej następny przylądek z kamyków różnej wielkości i znowu zakręt. I jeszcze dalej to samo. Widać naszych w tle na brzegu. Super. Ale trzeba do nich dopłynąć. Patrzą na nas. No to skupienie maksymalne, bo tu nurt biegnie jak pijany facet od brzegu do brzegu, od przylądka do przylądka, na dodatek między warstwami kamieni w poprzek rzeki. Może być wywrotka. No to do przodu. Ciało się prostuje, ręce zaciskają na wiosłach.

- Nie wiosłuj. Zostaw mi to! – wydaje polecenie Heniek.
Ok – myślę, ale trzymam wiosła w pogotowiu. Bystrze nas porywa, bawi się naszym kajakiem rzucając nas na kamienie i w ostatniej chwili zmienia trajektorię ruchu, wybija falami w powietrze i rzuca w prześwit między następnymi kamieniami. Zakręcamy ostro i szybko. I znowu kajak zarzuca rufą na zakręcie. Znowu ostro i szybko. Znowu w górę. Znowu zakręt. Kamienie skrobią burty, woda bryzga do środka. I nurt wygania nas poza przeszkodę, odpycha od siebie, jakby mówił:
- Uciekajcie stąd, płyńcie, nic tu po Was, nie pasujecie do naszego świata z tą waszą plastikową łupiną.
Nasi na brzegu uśmiechają się do nas. Super. Bez wywrotki.
- Bałaś się? – pyta Heniek.
- A skądże! – to namiastka Bistricy w Rumunii, gdzie Trojanka uczyła mnie pokonywać takie przeszkody. Super było. Lubię takie rzeczne niespodzianki, gdzie najpierw działa instynkt i doświadczenie, a potem włącza się myślenie – odpowiadam rozbawiona.

Wychodzimy z kajaka, uwalniam się na chwilę z peleryny, by odzyskać swobodę ruchów. Nikt już nie zwraca uwagi na deszcz. Stał się niezmienną scenografią tego dnia i tego spływu.
- Patrzcie Miśki płyną. Dadzą radę? – pytanie zawisło w próżni, bo wszyscy na bezdechu obserwują jak ich kajak wpływa w przeszkody.
Janusz świetnie manewruje, z tej odległości widać tylko granatowe czapki podskakujące między skałami i bryzgi wody.
- Są! Cudnie przeszli. Bez wywrotki – cieszymy się.

Jego eminencja Pigmej z nami!

Teraz przerwa. No i super. Łyk gorącej herbaty z termosu wypycha zimno z ciała. Na brzegu dostrzegam obce peleryny. To rzeszowiacy. Około 40 kajakarzy. Jest to bowiem Rodzinno-Młodzieżowy Spływ Kajakowy organizowany przez Klub POL-SURVIVAL PTTK Rzeszów. Przychodzi do nas pomarańczowa peleryna. Dodatkiem do niej jest kapelusz z przypiętymi oznakami dookoła ronda i długaśna broda. No i uśmiech. I chochliki w oczach.

- Jaaaaaacie, to jego eminencja Pigmej! Jakże się cieszę! – wrzeszczę.

wisłoka-04 (70 kB)

Cztery lata temu, a może trzy, spotykaliśmy się na spływach. Pigmej, czyli Zygmunt Solarski, człowiek z charyzmą, człowiek – legenda, ponad pół wieku związany z rzeszowskim PTTK. No, ale wtedy nie miał brody.... Tak, to on, z charakterystyczną dla niego mową, tylnojęzykowym „r”. Poznaje mnie, Wiesię też, mówi do niej, jak dawniej – Marchewka. Przytulamy się do niego, robimy zdjęcia. Pigmeja znają całe pokolenia kajakarzy – mawia się, że nieduży wzrostem, ogromny duchem. To prawda – zaraził tysiące ludzi turystyką wodną i górską. Za co go podziwiam? Za wstręt do agresji, religijność, abstynencję i to, że jest grubo po osiemdziesiątce i nie tylko macha wiosłami, ale i łazi po górach.

Radość istnienia nie zależy od pogody

Płyniemy dalej. Mija nas komandor Rysiek na jedynce. Biała peleryna otula go niemal całkowicie, a z kaptura peleryny uciekają niesfornie długie białe włosy. Czesany wiatrem – myślę. Człowiek to czy duch? Odbicie lustrzane w wodzie daje złudzenie dwóch komandorów. Albo dwóch duchów. Przypomina mi się bajka o Duszku Kacperku. No, ale ten duch to Ryszard.

wisłoka-05 (87 kB)

Komandor śmieje się do nas, a my do niego. Jest pięknie mimo deszczu, bo radość istnienia nie zależy od pogody. Po prostu jest w człowieku. Kapanie deszczu tak się wpisało w dźwięki natury, połączyło z szumem wiatru i pluskiem wody rozcinanej dziobem kajaka, że go nie zauważamy. Tylko płaszczyzna wody przybiera różne kształty – kółeczka uderzają o kółeczka, potem robią się na nich dzióbki, z czasem przybierają postać stalagmitów wodnych. Kolejne krople padające z nieba bawią się tymi kółeczkami i stalagmitami. Z czasem na powierzchni rzeki tworzą się pęcherze wodne i one dominują.
- Będzie długo padać – wnioskuję. Ale to nie ma znaczenia. Bo jest ciepło. Bo jest bezpiecznie. Bo jesteśmy razem. Bo fajni ludzie dookoła.
- No widzisz komandorze jak cudownie?! Było się wahać! Chłop, jak się zaczyna wahać, to już połowa przegranej. Ominąłby nas taki piękny spływ – dokuczam Ryśkowi.

Uważajcie! kosmiczny jaz przed wami!

Płyniemy na luzie, bo rzeka już spokojna, przeszkód i zwałek nie ma. Zdjęć nie robię, bo pokrowiec zawilgocony, telefon zaparowany. Ma chyba alergię na mój dotyk i nie reaguje. A jednak po chwili wibracje poprzedzają dźwięk telefonu. Odbieram z trudem, bo wszystko mokre i śliskie. Na ekranie nic nie widać, ale poznaję głos Kaśki. Ona zawsze płynie na szpicy i ostrzega przed niebezpieczeństwami. Daję na głośno, żeby Heniek słyszał i żeby deszcz nie zagłuszył.
- Uważajcie! kosmiczny jaz przed Wami. Z waszej strony wydaje się nijaki i niepozorny, ale koniecznie musicie go zobaczyć z drugiej strony. Dech zapiera. Za czerwonym mostem z łukowatymi barierkami będzie budynek elektrowni. Poznacie go po żółtych barierkach. Tam przybijecie do prawego brzegu. Tam jest jaz. Trzeba przejść pieszo i przeciągnąć kajak. Nie wolno spływać, bo się zabijecie – ostrzega.

Wołam na Miśków, aby się zatrzymali, przekazuję Januszowi i Zosi polecenie Kaśki. Potem podpływamy do komandora, ale on już rozmawia z Kaśką przez telefon, widać jak potakuje. Czyli ok.

Przed nami most i żółte barierki przy elektrowni. Ale rzeka normalna, jakby linijką odcięta od horyzontu, szumu wody nie słychać, tafla wody jednorodna. Takie nic. Robimy dokładnie to, co Kaśka kazała. Wychodzę na kolanach na brzeg, bo trawa mokra i śliska, Heniek przeciąga kajak, a ja po przejściu jazu brzegiem, staję jak wryta. Czegoś takiego to jeszcze nie widziałam, a mam na koncie 1000 km w kajaku. Kosmiczny, wielkopoziomowy jaz z regularnie ułożonymi kamiennymi blokami na całej szerokości rzeki. Wyglądają niby zbiory falochronów biegnących od brzegu do brzegu. W pierwszych kamiennych blokach dziury, z których wypływa woda. A nurt zupełnie nieprzewidywalnie odbija się od bloków skalnych, okrąża je, wiruje, wpada w następne i jakąś dziwną serpentyną wydostaje się poza ostatnie kamienie.
- Dziwne – myślę. Taka masakra, a żadnego oznaczenia dla kajakarzy nie brzegu nie było.

wisłoka-06 (107 kB) wisłoka-07 (77 kB)

Robię zdjęcia i dochodzę do naszej grupy zintegrowanej z rzeszowiakami. Wśród zgromadzenia peleryn bryluje komandor, Heniek i Pigmej.
- Jedno zdanie komentarza proszę. Jak jest? – pytam.
- Zajebiście – odpowiadają jeden po drugim Rysiek i Heniek.
Potwierdzam i idę w tłum pogadać. Kocham ludzi. A szczególnie tak nietypowych jak uczestnicy tego spływu. No bo kto normalny w taki deszcz wychodzi z domu? Kto normalny w taki deszcz wyjeżdża na kajaki?

Niecodzienne zastosowanie worka na śmieci

Kreatywność kajakarzy nie ma granic. I tu trzeba przyznać, że Rzeszów nas zakasował całkowicie. Urzeczona przyglądałam się damom w foliowych ubraniach. Najmłodsza i najpiękniejsza uczestniczka spływu to 13-letnia Madzia. Płynęła z gracją na jedynce. Na głowie miała twarzowy kapelusz zawinięty w niebieski worek na śmieci. Wyglądała w nim cudnie ze swoim tajemniczym uśmiechem. Tylko podziwiać. Na brzegu z radością pozuje do zdjęć. Obok kobieta w czarnym kapeluszu przyciąga wzrok. Czarny worek na śmieci ma na kapeluszu, końce worka niczym wstążki przebiegają przez uszy i są zawiązane na wielką kokardę pod brodą. Wygląda jak dama z obrazów Amedeo Modiglianiego.

wisłoka-08 (110 kB)

Niedaleko rozbrzmiewa śmiech. To młode dziewczyny w spódniczkach z folii, ściśle owiniętych wokół ciała wygłupiają się na deszczu. Spódniczki z worków na śmieci? Tak. Worki są specyficznie upięte.

wisłoka-09 (107 kB)

Niepowtarzalna gala mody kajakowo-deszczowej. Patrzyłam na ich kapelusze i ich spódniczki i czułam się w swojej pelerynie z Ikei zażenowana i pokonana.

Bajeczne Jałowce

Rzeszowiacy cumowali pod autostradą niedaleko za jazem, my płynęliśmy chyba z 5 km dalej, bo mieliśmy zamówione domki w Ośrodku Rekreacyjno-Wypoczynkowym Jałowce w Kozłowie. Zawsze priorytetem były namioty, bo kontakt z naturą lepszy. Tym razem zaszaleliśmy z noclegiem w wypasionym ośrodku, bo rozbijanie namiotów w czasie ulewy, jak to było ostatnio na Sanie, uznaliśmy za zbyteczny wysiłek.

Ośrodek bajeczny, klimatyczny. Wieczorem kiełbasa z grilla o rozmiarze 5XL, spacer nad jeziorami, rozmowy z krokodylem, kibicowanie siatkarzom oraz disk jockey i dancing. Ostatni imprezowicze po północy opuścili salę balową.

DZIEŃ DRUGI:

Słońce maluje krajobraz akwarelą

Do ostatniej chwili w łóżkach, bo ciepło, bo luz, bo śniadanie dopiero o 9.00. Mży, ale prześwitujący błękit między deszczowymi chmurami obiecuje pogodę. Na stoły pod zadaszeniem na świeżym powietrzu wjeżdżają pojemniki z jajecznicą, kiełbaskami, wędliny, warzywa. Bierzemy repetę. Kawa wygania resztki snu, jest decyzja komandora, że wypływamy o 10.30.

Sposób ubierania już wypracowany, więc idzie warstwowo i szybko – koszulka, polar, kurtka na deszcz, kapok, peleryna. I do kajaka. Komandor uzgadnia z kierowcą metę: Rzochów – 22 km.

wisloka-18 (39 kB)

Pierwsza na wodę schodzi Kaśka. Płynie na szpicy penetrując teren i sprawdzając bezpieczeństwo. Dziś nie ma przeszkód. Dziś nie ma jazów. Jest spoko. W kajaku układam pelerynę wokoło siebie blokując ją na dziobie. Ledwie ruszyliśmy, a tu deszcz przestaje padać. Taki bonus od losu. Słońce maluje krajobraz akwarelą. W słońcu i woda, i brzegi ożywają. Widać jak zieleń walczy z atakującymi ją różnymi odcieniami żółci. Nie ma szans w tej walce. Będzie musiała ustąpić. To tylko kwesta czasu. Pojawiają się ptaki. Obserwujemy ich lot. Wczuwamy się w ich wolność. Jest pięknie. Żółte listki niby łódeczki pchane wiatrem tańczą na powierzchni wody. I gdzieniegdzie spiralnym lotem opada listek z drzewa albo na kajak, albo dotyka wody i tam nieruchomieje. Podziwiamy klifowe brzegi, niepokojąco wysoko wypłukane na zakrętach, jednak dziur po gniazdach jaskółek nie widać. Nie spieszymy się. Jest cudnie. Mija nas Trojanka z Piotrem Dyrektorkiem – mają swoje sportowe tematy, więc nie zatrzymujemy ich.

wisłoka-10 (70 kB)

Dogania nas Zosia z Januszem, już ściągnęli czapki, bo jest ciepło, lajtowo, przyjemnie. Gadamy o życiu, o spływach, o przyrodzie.

wisłoka-11 (105 kB)

Czasami zawieszam się w nicnierobieniu i nicniemyśleniu. Wycisza się moja niepokorna, narwana natura. Jednoczę się z przyrodą. Gdy odbijamy nieco do przodu, to jesteśmy tylko my i rzeka. I cisza. Słychać tę ciszę. Zatrzymujemy się w tej ciszy i chłoniemy ją wszystkimi zmysłami.

Kuszenie Adama na wyspie

Za kolejnym klifowym brzegiem nasi. Przerwa. Dobijamy. Natychmiast ściągam pelerynę i wciskam do bukłaka. Przecież słońce. Że też Anioł Stróż mnie wtedy nie ostrzegł?! Wiem, zmęczony, bo wyrabia nadgodziny, cóż się dziwić przy moim charakterze.

Henio rozkłada na kajaku drugie śniadanko: sałatkę, bułeczki, kiełbasę, musztardę o niecodziennym smaku i pomidory. Zaprasza nas. Razem z Aneczką Trojanką degustujemy sałatkę, zagryzamy kiełbasą, doprawiamy pomidorkiem, a w międzyczasie ja - Ewa, kuszę Adama:

- No, zjedzże. No, Adam jeszcze łyżeczkę. No, za komandora.

wisłoka-12 (68 kB)

I Adam dał się skusić. Potem wylewamy wodę z kajaków i schodzimy na rzekę, bo w oddali widać rzeszowiaków. Płyniemy przed nimi, żeby się nie skumulować na możliwych przeszkodach. Na brzegu jeszcze jedna fotka, jeden żart, jeden śmiech, jedno przytulenie i przed siebie.

wisłoka-13 (108 kB)

Mija nas Pigmej na dziobie, machamy do niego i usiłujemy dogonić naszych. Ale już wszyscy są nasi. Damy flamandzkie z kapeluszami okrytymi workami na śmieci, dziewczyny z foliowych spódniczkach, kobieta Zorro na jedynce i 13-letnia Madzia. Jesteśmy jedną wielką kajakową rodziną.

Niebo jest częścią nas

Słońce nagle znika i zupełnie nieprzewidywalnie uderza w nas deszcz. Od razu duże krople bębnią po nas i po kajaku. Ich natężenie wrasta z każdą minutą. Niebo jest częścią nas. Nie ma szans wyjąć peleryny z bukłaka, bo nie ma się gdzie zatrzymać. Naciągam kaptur kurtki przeciwulewnej na głowę i myślę: - przetestuję nową zdobycz z Decathlonu. Spod siedziska wygrzebuję worek na śmieci ze wczoraj i owijam nim nogi, piankę bowiem mam do połowy uda. Jest ciepło, ale deszcz nie ustaje. Do mety jeszcze 5 km, czyli godzina w deszczu. Nic to. Damy radę. Wszyscy płyniemy powoli, bo wzmaga się wiatr. Jest w twarz, więc nieco nas spowalnia. Fajnie igra z pelerynami osób przed nami, bo wydyma im rękawy. Komandor wygląda jakby bufiaste rękawy były zamierzonym elementem jego stroju. Inni wiosłując w pelerynach kojarzą się z latającymi nietoperzami.

wisłoka-14 (48 kB)

Wkładam komórkę za kapok, ale nic nie pomaga, deszcz dopada mnie wszędzie. Przez rozsunięte w kurtce wywietrzniki pod pachami, dostaje się do ciała i strumyczkiem spływa po bokach zatrzymując się na brzuchu na piance. Przyjmuję dziwne pozycje, ale ostatecznie udaje mi się zasunąć te rękawy. Jeden przeciek wody zatamowany. Ale na worku na śmieci otulającym kolana zrobiły się na środku dwa jeziorka. I sukcesywnie się powiększają. Henek podaje gąbkę. Wysysam wodę i wylewam ją za burtę. Oddaję gąbkę, by miał czym walczyć z wodą na rufie. Niewiele pomaga, mija dziesięć minut i kolejne jeziorka robią się w miejsce poprzednich. Na końcu kaptura, który nachodzi mi niemal na oczy, zaczynają wisieć krople wody. Powiększają się i patrzę zaskoczona na rzekę przez te krople, a w nich odbija się wszystko co jest dookoła, jak w szklanej bombce na choinkę. Zdjęć nie mogę robić, bo aparat zaparowany i zawilgocony. Płyniemy.

Za zakrętem w oczy uderza nas baner na brzegu po prawej. Meta. Koniec. Niby radość, a niby nie. Bo trasa krótka. Bo jest niedosyt. Jesteśmy ostatni na mecie razem z Miśkami. Przebieramy się w suche rzeczy, przytulamy do Pigmeja i nadchodzi czas pożegnań i czas powrotów.

wisłoka-15 (103 kB) wisłoka-16 (93 kB)

Gdy zatrzaskujemy drzwi busa i liczymy za ile dojedziemy do pysznej golonki w przydrożnym barze, to zaczyna się oberwanie chmury. Za szybą kierowcy nie widać nic. Wycieraczki przyspieszają swoje jednostajne bieganie z prawej na lewą. Tempo mają zawrotne, ale i tak strugi wody przysłaniają świat. Dach jęczy pod bębnieniem kropel deszczu.

15 łowców ekstremy wraca do Krakowa. Opinia jest zgodna: spływ po Wisłoce był zarąbisty. Aaa, że deszcz? Ci, którzy mówią, że słońce przynosi radość, nigdy nie tańczyli w deszczu.

Ewa Bugno (Pirania)

Fotokronika - Ewa Bugno

Dzień pierwszy
Dzień drugi
--> Powrót

copyright